czyli o sztuce „Święty Rysiek ze Śląska”, którą obejrzałam 11 lutego 2026 roku w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie.

W SZTUCE ŚWIĘTY RYSIEK ZE ŚLĄSKA URZEKŁ MNIE…

Chyba na początku urzekł mnie klimat… Klimat czasów – w których urodził się i dorastał Rysiek Riedel. Klimat zbudowany przejmująco i… prawdziwie. Scenografia to jedno. Ona zawsze gra sporą rolę. Tu w moim odczuciu pomyślana perfekcyjnie. Niby niepozorna na pierwszy rzut oka. Wraz z ilością słów głównego bohatera i bohaterów pobocznych nabiera głębi. Teksty, gra, ekspresja, muzyka budują wielowymiarowe tło – nie, tło to za mało powiedziane – ducha, atmosferę nie tylko czasów, lecz i całego życia i umierania Ryśka. 

ŻYCIE CZY UMIERANIE ZA ŻYCIA?

W drodze na przedstawienie zastanawiałam się, jakiego zabiegu trzeba użyć, by ta biografia nie była płaska i łzawa. O Ryśku Riedlu słyszał chyba każdy. Choć trochę, gdzieś przypadkiem, jakieś strzępki faktów. Jeśli nie w kontekście muzyki, to w kontekście narkomanii – tematu niezwykle żywego właśnie wtedy, kiedy umierał na nią Rychu. Umierał… Umieranie za życia… Genialnie pokazane… Jeszcze dobrze nie żył, a już umierał… Jakby na tym czarnym, smutnym Śląsku rodziło się po to, by za chwilę zacząć umierać. Umierać w oparach smutnie przesadnej religijności i hektolitrów alkoholu.

CZY ŻYCIOWA BIEDA OTULONA STAJE SIĘ LEPSZA?

To umieranie tutaj bardzo mi się podoba – jakkolwiek to brzmi. Ono nie jest patetyczne. Ono jest takie zwykło-niezwykłe, swoje jak Rychu i jak Polska – taka Polska dna, które to dno jednak określić mianem patologii i rynsztoka, to największa obraza i krzywda, bo miłość Ryśka do matki i domu, do alkoholu, do życia na ulicy ociepla to wszystko i otula. Otula słowami piosenek o tęsknocie za wolnością, byciem normalnym i przynależnością.

O PIOSENKACH RYŚKA BY PIOTR

Interpretacja piosenek? Chapeau bas przed Piotrem Siekluckim, który gra główną rolę i śpiewa. Och, jak śpiewa! Kto, idąc na to przedstawienie, nie bał się, że piosenki wykonywane nie przez wokalistę Dżemu, mogą mu się nie spodobać, niech rzuci we mnie kamieniem, że śmiałam mieć tę cichą, bo cichą, lecz zawsze obawę. Dobór piosenek? Podobnie. Brak tu miejsca na przeładowanie, brak tu sztukowania fabuły piosenką. Subtelnie dobrane tyle i tylko tyle, ile potrzeba. Tu „mniej znaczy więcej” sprawdziło się fenomenalnie.

GDZIE TU MIEJSCE NA ŚMIECH?

Historia Ryśka kojarzy się smutno. Decydując, by wybrać się na nią, przemknęło mi, że to będzie smutne, może mnie przygnębi. A koleżanka mówi – „idź, będziesz się śmiała do łez, jak ja”. Popatrzyłam na nią, wywracając oczami, czy aby mnie nie sprawdza, czy mam pojęcie, kim był Rysiek i na jaką sztukę się wybieram. Jeszcze do samego śmiesznego wątku w sztuce zastanawiałam się, gdzie „to śmianie” będzie. No i było. Mam wrażenie, że w tej sztuce z jednej strony wszystko było mocne, jak życie i śmierć Rycha, a z drugiej – subtelne. Subtelne jak jego muzyka? Z tym śmiechem weszliśmy w jego życie bardziej, poczuliśmy, jakbyśmy tam byli. W tych sytuacjach, pośród jego znajomych… Genialny zabieg.

… Od obejrzenia „Świętego Ryśka ze Śląska” nadużywam słowa „genialny” i trzykropka.

CZY RYSIEK ZE ŚLĄSKA PRZYTŁACZA?

Jestem dobę po seansie i nadal jestem pod wrażeniem. Nie spodziewałam się. Nie chciałam być. Chciałam zobaczyć, zapomnieć. Dlaczego? Żeby nic smutnego stamtąd nie wziąć. I smutnego raczej nie wzięłam. Taka ta Polska, ten Śląsk, ta rodzina alkoholika i awanturnicy, ta narkomania, ta tęsknota Ryśka kochana, że nie sposób się smucić. Serio? Sama tu siebie sprawdzam. Czy aby na pewno tu tak czuję i nic nie dopisuję? Serio, tak tu czuję.

TROCHĘ TERAPII ZAWSZE W CENIE

Element psychoterapeutyczny za to ze sobą wzięłam. Zamierzony czy nie – nie wiem. Być może zapytam. Taki ten Rysiek był zanurzony w trudnym dzieciństwie. On jakby nigdy z niego nie wyszedł. I to tak mocno uderzało, że aż mój głos wewnętrzny nawoływał: „Pomyśl, ile masz lat! Już dawno wyszłaś z dzieciństwa! Nie powtórz jego błędu! To stary strach traumy! Jesteś dorosła, tego już nie ma! Żyjesz gdzie indziej!” No, ale nie byłabym sobą, gdybym się nie sterapeutyzowała, choć moje traumy zupełnie inne od Ryśkowych.

CZY RYSIEK BYŁ JAK JIM?

I na koniec jeszcze jedno kołacze mi się po głowie. Czy Rysiek był czy nie był jak Jim Morrison? Jestem z pokolenia, w którym chyba każdy choć przez moment marzył, by być jak Jim. No tak myślę. Skoro ja – „grzeczna dziewczynka” – chciałam, to kto nie chciał? Tylko dla większości była to jedynie przelotna pokusa, a dla Ryśka – coś, co wziął za realną szansę. Tak realną, że kiedy Morrison tworzył mit, to Riedel tym mitem żył, a raczej umierał. Święty od dziecka – dzieciństwem, które dobre miał. Tak „dobre”, by w niedorosłej nigdy dorosłości skazanym na bluesa polskim Jimem być.

Dziękuję serdecznie za możliwość pobycia chwilę z Ryśkiem.