Czasem patrzymy na dziecko i myślimy: jakie ono spokojne, jakie przykładne, jakie „dorosłe”…
I ja tu polecam profilaktycznie zapalić czerwoną lampkę uważności.
Nie każde dziecko, które się złości, jest niespokojne.
Nie każde dziecko, które się uśmiecha, jest szczęśliwe.
Niektóre dzieci stają się „ładne” emocjonalnie, bo czują, że muszą.
Dzieci bardzo chcą nas nie zawieść. Bardzo chcą nas zadowolić.
Czasem chcą nam oszczędzić „złego” humoru albo „tylko” sprawić, by dalej było miło, bo np. jesteśmy zmęczeni.
I nagle to małe dziecko staje się kimś, kto opiekuje się emocjonalnie rodzicem.
A nie odwrotnie.
Dziecko, które może czuć, co naprawdę czuje, to dziecko, które ufa, że nie zostanie zawstydzone, a przede wszystkim jest pewne że wszystkie jego uczucia się zmieszczą. I jeszcze, że z wszystkimi uczuciami będzie kochane.
To jest dla mnie miara bliskości.
Nie „czy moje dziecko jest spokojne”, tylko „czy moje dziecko może być przy mnie sobą w odczuwaniu wszystkiego”.
Być obok tak, by nie trzeba było grać.
Tak, by nie trzeba było być nikim innym.
A Ty jaką masz miarę bliskości?
