Byłam. W poniedziałek. Miałam nie pisać o tym. Dojrzało we mnie przez te kilka dni, co chcę napisać.
Cieszę się, że mam tę a nie inną działalność.
Cieszę się, że tu jesteście.
Jestem wdzięczna, że czytacie, słuchacie, myślicie, zwiększacie świadomość.
Jestem wdzięczna, że szukacie sposobów, by zmieniać zachowania, schematy, Siebie.
Cieszę się, że mogę zainspirować do zmian.
 
Czuję wzruszenie, że to miejsce Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały”” jest.
Czuję wzruszenie, że uparłam się, że utrzymam ten fan page, bloga i firmę, kiedy mój dom przy i po rozwodzie był „dobry” (edit: w sensie emocjonalnym, nie fizycznym, to ważne bym doprecyzowała). I wytrwałam.
Czuję ogromne wzruszenie, bo próbowano na mnie wymusić w 2018 roku, bym zrezygnowała z JakMówić i poszła do korpo pracy na etat.
 
Teraz. Dziś. Po zmianach w moim życiu. Widzę, że warto było się uprzeć największą upartością świata, która jest z dzieciństwa moją wadą, a w dorosłym życiu zaletą. Uprzeć się i wytrzymać.
Dla tej kropelki, którą mogę zrobić dla Siebie, dla Was.
Pogratulujcie dziś Sobie, że zmieniacie, bo każdy najmniejszy krok jest ważny. Piszę to Wam jako osoba, która przetrwała kilka długich ciemnych lat.
 
Był moment, kiedy leżałam i płakałam, a ktoś z Was pisał mi:
„Pani Joanno, uratowała Pani moją rodzinę. Jestem wdzięczna… Dziękuję….” A ja czytałam i pytałam siebie: „Kto uratuje moją?”
I byłam wdzięczna, że te wiadomości od Was przychodziły, bo wtedy najbardziej ich potrzebowałam. Skoro uratowałam czyjąś, to uratuję swoją. Na tyle, na ile się da.
I piszę to nie jako blogerka, tylko jako mama – mama dwóch chłopców, jako była żona, jako córka, w której obronie nikt nie stanął.
 
Róbcie małe kroki, chwalcie się za nie. Jeśli potrzebujecie wsparcia, piszcie. Zjadłam słonia po kawałku jak to się mówi w żargonie szkoleniowym. Jeśli ja dałam radę, każdy da, bo jestem tylko zwykłą Asią, więc każda zwykła Kasia, Basia, Madzia, Zuzia, Zosia, Daga, Krzysiek, Wojtek ……. da.
Co mi zostaje napisać? Choć chyba wolę zakrzyknąć: