Dusza wpuści nowe, dopiero gdy całkiem puścimy stare.
To może się wydać frazesem, szczególnie przy przejściu ze starego roku w nowy.

Jednak patrząc głębiej, to może być podstawa wszelkich wyjaśnień, dlaczego manifestacje przychodzą dla jednych od razu, a dla innych nawet miesiące czy lata później.

Często kurczowo trzymamy się pewnych rzeczy, a bardzo już chcemy w nowe.
Doprecyzowując – trzymamy emocjonalnie stare, a pchamy do nowego rozumem. Na rozum – w logicznych kalkulacjach – często coś powinno być już, a emocje zostają same sobie, lekceważone, traktowane jako nieistotne.

Może nawet jeszcze bardziej ciało je zaciska.
Bo kiedy chcemy za szybko, za mocno, a jest brak gotowości –> brak miejsca na nowe, bo w ciele siedzi duuuuuuuużo starego – żalu, złości, lęku, niewypłakanej żałoby, poczucia krzywdy, bólu itp., to dostajemy efekt odwrotny.

I dziwimy się, że zrobiliśmy wszystko, a upragnione coś nie przychodzi. Zewnętrznie rzeczywiście mogliśmy zrobić wszystko. Omijamy jednak to, co najważniejsze, bo najmniej chcemy się tym zająć. Bo po co spotykać się znów z tymi niefajnymi uczuciami? To najczęstszy argument.

Tylko że jeśli czegoś bardzo chcemy, a spóźnia się, to znaczy, że trzeba zrobić więcej miejsca – właśnie w uczuciach. Nie ma? To szukać, co starego trzeba jeszcze pożegnać. Nowe nie przychodzi – na pewno coś starego się jeszcze przyczaiło, czyli my to przed sobą chowamy, bo brak odwagi, by poczuć, jeszcze raz tam spojrzeć, tylko tym razem z akceptacją i miłością.

Ku mojemu zaskoczeniu pożegnałam dziś choinkę. Najpierw wszystkie uczucia z nią związane.

Na moim „artystycznie” wykadrowanym zdjęciu róża (ketmia) przejęła funkcje chłonki 🎄