Trzy i pół letnie dziecko jedzie rowerkiem po chodniku. Mama pcha wózek z młodszym bratem kilka metrów za nim. Mały rowerzysta zatrzymuje się metr od krawężnika. Siedzi na rowerku, spokojnie ogląda się na mamę, ocenia odległość i zaczyna bawić się zamkiem od bluzy. Przechodnie schodzący z przejścia na chodnik po jego stronie, patrzą na chłopca i zaczynają rozglądać się za dorosłym opiekunem. Spojrzenia są raczej zaniepokojone i krytyczne. Idąca z tyłu matka przyspiesza kroku, czując presję otoczenia. Nie woła jednak chłopca, bo wie i widzi, że on JAK ZWYKLE spokojnie czeka. Ten sam trzy i pół latek od kilku tygodni sam spłukuje wodę w toalecie, myje i wyciera ręce, gasi światło i zamyka drzwi.
Matka nie chce, żeby dziecko jadło brudnymi rękami i po skorzystaniu przez dziecko z toalety przypomina: „Ręce!” „Światło!”. Synek złości się i woła: „Mama, nie mów!”.

Następnym razem, kiedy mama nic nie mówi, synek przychodzi do niej sam z uśmiechem i podaje ręce do powąchania: „Mama, powąchaj jak pachną. Umyłem mydłem i zgasiłem światło.” Podobne sytuacje, które różnią się finalnie jedynie wagą konsekwencji. Gdy dziecko nie umyje rąk w najpoważniejszym przypadku, grozi mu jedynie jakaś choroba. Gdy jednak nie zatrzyma się przed przejściem, może odnieść poważne obrażenia, a nawet stracić życie. W obu przykładach wszystko rozbija się o zaufanie do dziecka. I tu zaczynają się trudności, bo kwestia zaufania jest bardziej problematyczna niż się wydaje. Każdy powie: „Ufam swojemu dziecku”. Jednak patrząc na pierwszy przykład, to mało kto jest w stanie powstrzymać się od krzyknięcia: „Uważaj”/ „Zaczekaj” itp. I mamy tu zawsze dwie strony medalu. Z jednej rodzic wie, ile jego dziecko potrafi i widział, jak kilkadziesiąt razy podjeżdżało do krawężnika i za każdym razem zatrzymywało się metr od ulicy. To mu daje pewność, że dziecko następnym razem też się zatrzyma i nie musi wołać, biec czy łapać. Presja przechodniów, którzy nieprzychylnie reagują na chłopca bez opieki, stojącego blisko jezdni, włącza jednak nasze ugruntowane społecznie lęki. Ludzie rozglądają się, gdzie jest opiekun tego dziecka. Rodzic nie będzie przecież każdemu tłumaczyć, że dziecko jest małe, ale mu ufa. To druga strona medalu, bo zaszczepionych mamy od dzieciństwa mnóstwo lęków: „co się dziecku może stać”, kiedy się go nie pilnuje, a według większości osób, które nas otaczają, pozwalanie na samodzielne zbliżanie się do ulicy w wieku niecałych czterech lat, to nieodpowiedzialność i nie pilnowanie, bo – co jest też racją – „to może być chwila”. I tu zaczyna się zestaw hymnów pochwalnych na rzecz kontroli. Jak znaleźć złoty środek? Odpowiedz jest w książce „Kiedy pozwolić? Kiedy zabronić?”. Zaufanie powinno się zwiększać w zależności od tego, ile dziecko potrafi i jak konsekwentnie będzie się trzymało wyuczonej postawy. Jest to bardzo rozsądny argument, który w dodatku potwierdza życie. Zatem widząc, że dziecko ma już wpojone zatrzymywanie się i czekanie na rodziców przed przejściem, nie powinniśmy biec za nim w panice. Podobnie z myciem rąk, jeśli dziecko przykładowo umyło ręce po skorzystaniu z toalety 5 albo więcej razy, to nie ma żadnego powodu, żeby je kontrolować i przepytywać, czy to zrobił. Ważnym aspektem rozwoju dziecka jest uczenie się przez nie samokontroli. A pozwolenie, by samo dopilnowało mycia rąk to jeden z łatwiejszych obowiązków, które je czekają. Dodatkowo nadmierne zwracanie uwagi, upewnianie się, asekurowanie wzbudza bunt i nadwątla dziecka wiarę w siebie. Powoduje, że dziecko czuje się bezradne. To tak jak dorosły uczy się np. nowego programu w komputerze i po kilku próbach widać, że sobie radzi, a ktoś inny podchodziłby i pytał, czego nie wie. Takie podejście wzbudza w dorosłym złość i myślenie, co ze mną nie tak, że ciągle się dopytuje. Może rzeczywiście coś źle robię? Powinienem robić inaczej? Człowiek zaczyna wątpić w słuszność swoich kroków, a z tego powodu może zacząć robić głupoty. Podobnie jest z dzieckiem, to przecież człowiek „tylko niskiego wzrostu”. A bunt i brak samokontroli, to bardzo źli doradcy.  Pilnowanie, myślenie za dziecko w sytuacjach, kiedy samo jest w stanie sprostać wyzwaniom odpowiednim do jego etapu rozwoju, stwarza też zbyt dużą zależność od rodzica. A to może skutkować problemami z budowaniem poprawnych relacji w dorosłym życiu. I na koniec tylko jedno „ale”. Całkowite zaufanie możemy mieć do dziecka w tych sprawach, których skutkiem nie będzie poważne zagrożenie zdrowia lub życia. Do wszystkich innych, czyli do naszego rowerka musimy podejść tak, jak do innych użytkowników dróg, czyli stosując zasadę ograniczonego zaufania. Nie powinniśmy biec za dzieckiem, krzyczeć, napominać itp., bo to – jak już ustaliliśmy – będzie miało negatywny wpływ na proces usamodzielniania się dziecka, jednak musimy na tych odcinkach po prostu wzmocnić czujność. I tak jak na skrzyżowaniu bierzemy pod uwagę, że trzeba zerknąć, czy nikt nie wyjeżdża, chociaż wiemy, że nie powinien wyjechać, to idąc za małym rowerzystą być gotową/ym do błyskawicznej reakcji.

 

Share and Enjoy !

0Shares
0 0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *